czwartek, 20 sierpnia 2015

Prolog: Czerwona Noc

Malutka istotka, owinięta szczelnie w skrawek sukni swojej matki, zapłakała donośnie. Do młodych płuc dotarły pierwsze porcje powietrza. Maluszek wymachiwał delikatnie swoimi kruchymi kończynkami jakby chcąc je rozprostować po długich dziewięciu miesiącach spędzonych w brzuchu matki, gdzie nie zawsze było wygodnie. Kiedy szloch ustał zmieniając się w żałosne pojękiwanie, po polanie rozniósł się śpiew. Tak łagodny i czysty jakby wydobyty z gardła najbielszego anioła. Wszystko ucichło zawstydzone wydawaniem jakichkolwiek dźwięków, tak obrzydliwych w porównaniu z tą melodią.
Mogłoby się wydawać, że ta noc będzie spokojną i szczęśliwą. Lecz właśnie, mogłoby. Kobieta delikatnie kołysała dzieckiem nie przejmując się dziwnym światłem wznoszącym się znad drzew, najpierw emanowało żółcią by następnie przejść w kolor herbaciany. Zerwał się porywisty wiatr, drzewa zaszumiały donośnie bijąc na alarm. Zwierzęta żwawo wybiegające z gęstwiny zawodząc żałośnie, przebiegały obok siedzącej na trawie kobiety. Światło zaczęło zajmować więcej powierzchni czarnego dotąd nieboskłonu. Wiatr zdawał się wręcz krzyczeć, zupełnie jakby chciał wykurzyć wszystko z lasu nim nadejdzie coś strasznego. Drzewa trzęsły się szturchane przez poirytowane podmuchy, nie mogąc jednak uciec przed nadchodzącą katastrofą popadały w rozpacz. Mimo tego zgiełku można było wyraźnie dosłyszeć piękny głos, tak dobrze kontrolowany przez kobietę. Trzymała w ramionach swoje dziecko uśmiechając się szeroko. Wokół malucha zaczęła jarzyć się fioletowa poświata. Najpierw bardzo delikatna, później wyraźnie odbijała się pośród nocnych ciemności. Światło za drzewami zmieniło się na krwisto czerwone, zdawało się, że chce wyraźnie pokazac czego jest żądne. Krwi. Nagle zapłakane drzewa zaczęły powoli wydostawać się z kojących objęc ziemi, wyrwane całkiem z korzeniami, które zwisały smutno w kierunku podłoża, zdawały się wyciągac ręce w kierunku ziemi. Odlatywały szybko zanikając w czerwonym świetle. Później i trawa wyrywana z podłoża zanikała w ten sam sposób, ziemia z piachem unoszona przez zniewolony wiatr pędziła w stronę swego oprawcy. Wtem okrzyki rozpaczy zostały zastąpione przez przerażający huk. Światło rozeszło się w każdym kierunku na odległość przynajmniej kilku kilometrów, tym samym i mi ograniczając na chwilę widoczność. Nagle wszystko ustało, jak za dotknięciem czarodziejskiego kija. Światło zniknęło, wiatr ustał całkowicie a wszystko wokół zamilknęło bojąc się tego, że gdy wydają choćby najmniejszy odgłos zwrócą na siebie uwagę. Piękny śpiew także zniknął pośród świateł, zdawał się już nie wrócić. Kobieta leżała na ziemi, pokryta częściowo krwią, jednak ciągle z tym wesołym uśmiechem na twarzy. Spojrzałem na dziecko leżące obok, fioletowa poświata zniknęła. Wtem głuchą ciszę przerwał krzyk, tak bezbronny jak istotka, która go wydała. Dziecko płakało głośno, wyglądało na całkowicie zdrowe, jakby rozzłoszczony żywioł nie śmiał go tknąć. Zbliżyłem się z wolna do dziecka, które jak się później okazało było dziewczynką. Jej głowę pokrywały gęsto włosy, były rude, niemalże czerwone. Zupełnie jak noc jej narodzin. Zwierzęta zaczęły wychylać zza ostałych się drzew i krzewów łby. Ciekawe źródła hałasu, podchodziły coraz bliżej, aż w końcu utworzyły wokół dziewczynki krąg, z którego to ja wystawałem o krok do przodu, tym samym będąc najbliżej dziecka. Nagle istotka otworzyła swoje duże błyszczące oczy, zlustrowała nas ich zielenią. Wtem zaśmiała się donośnie, patrząc na puchate stworzonka zebrane wokół niej.  Uniosłem wzrok wbijając go w księżyc. Zdawał się uśmiechać w kierunku ziemi. W kierunku małej Maggie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz