wtorek, 26 kwietnia 2016

Rozdział 2: Jak krokus

Dziewczę młode, jak obecna wiosna, hasało po łące. Jej rude włosy lśniły w słonecznych promieniach.
       Większość została związana w ciasnych, ale niechlujnych warkoczach. Jednakże krótsze kosmyki kołtuniły się na szyi dziewczyny.
Miała na sobie proste, aczkolwiek całkiem przyzwoite, ubranie. Czarne rajstopy, wysokie skórzane buty w odcieniu ciemnego brązu, koszulka w kolorze zeschniętych chabrów, z trójkątnymi wcięciami na końcu bufiastych rękawów. Jeszcze ciemniejsze spodenki z podobnymi wykończeniami nadawały jej ciekawego posmaku wizualnego. Skórzana kamizelka ciasno oplatająca talię dziewczyny ładnie podkreślała kształty typowe dla przedstawicielek jej płci. Gdzieś pośród chaszczy leżał jej fioletowy kapelusik, po który Maggie właśnie poszła. Może całość nie pasowała do siebie pod względem kolorystyki, ale na pewno pasowała do właścicielki odzienia. Była śliczną młodą elfką, jak każdy przedstawiciel jej rasy posiadała dwie sztuki sterczących, ostro zakończonych uszu, bystre i przenikające spojrzenie oraz szczupłą i zadziorną twarzyczkę. No i oczywiście; niezmierzone pokłady szczęścia i energii. 
Miała około czternastu, może piętnastu, lat, a zachowywała się jak małe dziecko. Właściwie, ciągle nim była, małym smarkatym dzieckiem, przynajmniej dla mnie. Ale czy ona kiedykolwiek przestanie nim być? Eh, i tu zaczynają się schody. Powinniśmy dać jej więcej luzu, przestać tak panikować, jeśli nie ma jej dłużej w domu, może odrobina samodzielności sprawi, że Maggie dojrzeje? Najprawdopodobniej. Ale cóż ją mogę? Czymże jest moje zdanie w tłumie innych? Swoją drogą, pilnujemy jej tak bacznie odkąd miał miejsce incydent z Cieniem. Wprawdzie mała sobie poradziła, ale lepiej nie ryzykować.
W lesie jest już wystarczająco dużo niebezpieczeństw by dokładać sobie kolejnych.  

Obserwowałem elfkę gdy biegła w kierunku gęstwiny lasu  coraz bardziej oddalając się od słonecznej polany. Chodzenie w tę i z powrotem za tak ruchliwą istotą jest naprawdę męczące. Chcąc nie chcąc, obrałem właściwy kierunek i pognałem  za dziewczyną. 

Naprawdę dobrze znała ten las, cóż się dziwić? Wychowała się tu, a niemalże cały zwiedziła pod czujnym okiem leśnych mieszkańców. Któż lepiej pokaże ci swój dom, jeśli nie osoba, która w nim mieszka? W każdym razie, ona była całkiem inna niż reszta "domowników". Widziała w tym lesie coś więcej, aniżeli tylko dom i schronienie, co brzmi trochę śmiesznie, biorąc pod uwagę, że wcześniejsze spostrzeżenia same w sobie są dosyć głębokie. 
Zwinnie przeskakiwała nad korzeniami, schylała się niemal do ziemi chcąc uniknąć poturbowania przez nisko rosnące gałęzie. Jej ruchy były płynne, i jakby automatyczne. Wtem, zatrzymała się i odwróciła. Rozejrzała się niespokojnie po konarach drzew. Spojrzała bacznie w moim kierunku, zdawałem sobie sprawę z tego, że narobiłem hałasu rozpaczliwie hamując chcąc uniknąć zderzenia z gałęzią. Zapewne mnie nie dostrzegła. W oddali słychać było szum wodospadu. Oznaczało to tyle, że jesteśmy coraz bliżej wioski i tym samym targowiska, na które tak śpieszyła dziewczyna. Odwróciła się więc i pobiegła dalej przedzierając się przez paprocie. Wraz z każdym przebytym metrem szum wody coraz wyraźniej odbijał się na tle leśnej ciszy. Po chwili wybiegliśmy na wąską dróżkę, która wiła się na równi z linią klifu. Wzniosłem się wyżej lecąc nad jeziorem, chłodna para wodna unosiła się nad taflą. Poszybowałem w górę unikając zderzenia z wodospadem. Zerknąłem kątem oka na Meg, kurczowo ściskała w dłoni strzępek papieru. Była bardzo skupiona.
Las zmienił się w puste równiny.
Słońce delikatnie rzucało promieniami. Wszelkie odgłosy zniknęły, ustępując miejsca ciszy, która zaś musiała podzielić się nim z odgłosem butów uderzających o na wpół dziką dróżkę. 
      
To była dopiero trzecia wyprawa dziewczyny do 'miasta'. Pierwsza miała miejsce gdy elfka była jeszcze niewinnym berbeciem, a druga stosunkowo niedawno- wtedy też dostała ten świstek.

W oddali zamajaczył zarys osady. Wiatr huczał i plątał powietrze chcąc udowodnić Królewnie że ciągle tu jest. Ta jednak była zbyt wpatrzona w wejście do osady znajdujące się kilkanaście metrów dalej. 

Po chwili przeszła pod kamiennym łukiem. Wszędzie było gwarno z powodu zbliżającego się ;Festynu Przejścia;. Było to wydarzenie organizowane by świętować przejście zimy w wiosnę. Nie było to święto obchodzone o konkretnej dacie- wraz z pierwszym śpiewem Młosa zabierano się za przygotowania. Uznano, iż od tego momentu ma się tydzień na zorganizowanie wszystkiego. Dokładnie po siedmiu dniach odbywał się festyn trwający od świtu po zmierzch. Na tablicy ogłoszeń została wywieszona kartka informująca, że zostały 3 dni do festynu. Stąd też niemałe zamieszanie. 

Pod nogami dziewczyny przemknęła zgraja berbeci wraz z psami. Śmiały się, piszczały, psy szczekały wesoło. Brukowe ulice przecinały powozy wypełnione po brzegi niezbędnymi rzeczami. Kobiety głośno plotkowały i gaworzyły piorąc, susząc, prasując ubrania, obrusy, firanki. Starsze dziewczęta zaplatały wieńce z kwiatów, przyozdabiały swoje głowy wianuszkami, wstążkami, ślicznymi fryzurami, rozmawiając przy tym cicho, od czasu do czasu subtelnie się śmiejąc po zerknięciu w stronę chłopców, którzy pomagali przy pracy.
Maggie uważnie obserwowała otoczenie by móc w odpowiednim momencie uniknąć zderzenia z kimś lub czymś. 
Usiadłem na jej ramieniu. Rozejrzałem się. Zauważyłem, że za bluszczem zwisającym na jednej z kamiennych ścian jest coś w rodzaju przejścia. Zaskrzeczałem donośnie patrząc w tamtym kierunku. Dziewczyna obróciła głowę w moją stronę.
- Co jest Ptaszku?- zapytała. Znowu z mojego gardła wydobył się skrzek. Machnąłem lekko głową. Podążyła wzrokiem we 'wskazanym kierunku'. Uśmiechnęła się zadowolona w moim kierunku. Podrapała mnie palcem po skrzydle po czym ruszyła w stronę przejścia. Odgarnęła gęsty bluszcz, ale mimo tego przejście tamtędy było trudne.

Po drugiej stronie przejścia nie było niczego co w moim mniemaniu można uznać za zachwycające czy chociażby 'ładne', lecz Meg wydawała się być niezmiernie szczęśliwa. Ściany kamienic i sklepów utworzyły mały prostokąt porośnięty bluszczem w kilku miejscach. Było tu wilgotno, w ciemnych kątach płożył się mech. Panował tu półmrok. Nie było widać nieba gdyż między ścianami, na wysokości, może dwóch?, metrów zamontowano drewnianą "siatkę", która także porośnięta była roślinnością. Dokładnie na wprost nas, na czymś w rodzaju podest, znajdowały się drewniane przesuwane drzwi. Maggie zbliżyła się do nich lekkim krokiem. Zapukała niepewnie i zrobiła krok w tył. 

Po chwili drzwi rozsunęły się powoli a zza nich wyłonił się starzec odziany w miodowe i czerwone szaty. Miał bose stopy, fajkę w ustach. Z jego brody zwisała długa siwa broda, zadbana, starannie wyczesana. Jego głowa zaś była całkiem łysa. Na naznaczonej wiekiem twarzy gościł szczerzy uśmiech. Miał przymrużone oczy.
- Nie kazałaś mi długo czekać, Panienko. Nie zdążyłem nawet porządnie wysprzątać.- zaśmiał się serdecznie.- Wejdź proszę.- starzec przesunął się w drzwiach. Meg posłała mu ładny uśmiech wchodząc do środka. 
- Zastanowiłaś się już?- zapytał staruszek podchodząc do małego imbryka.- Napijesz się czegoś? 
- Chętnie.- powiedziała po czym zasępiła się lekko.- Myślałam nad tym ale wciąż nie jestem pewna...
Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Było tu ciepło i przytulnie. Leżało tu wiele dywanów, koców. Wszędzie stały kwiatki w doniczkach. Panował tu półmrok. Jedynym światłem jakie miało tu dostęp było słabe światło wpadające przez małe okienka. Przy jednym z nich stał stół, na którym położono cały zestaw do herbaty. Nad nim wisiała półka z jej kolekcją. Na środku było niewielkie podwyższenie, na którym stał stolik kawowy, zamiast krzeseł leżały tam poduszki.
- Z jakiego powodu?- zdumiał się lekko.
- Nie wiem czy dam sobie radę Staruszku Aberford...- westchnęła. Usiadła na poduszce, starzec zasiadł po drugiej stronie stołu. Nalał herbaty do filiżanki postawionej przed dziewczyną. Para uniosła się w powietrze wyraźnie odznaczając się na tle mroku panującego wokół. Rozejrzałem się. Moją uwagę przykuło dziwne stworzenie skulone na poduszce leżącej nieopodal. Miało zamknięte oczy, było koloru... bliżej nieokreślonego, posiadało dziwny długi ogon zakończony czymś jeszcze dziwniejszym. Mimo wszystko wydawało mi się, że je kojarzę. 
- To Mek Mek...- mruknął starzec patrząc w kierunku zwierzęcia. Sierściuch zastrzygł uchem słysząc znajome słowa.- Dziwne, leniwe lecz poczciwe stworzenie.- zaśmiał się mężczyzna. 

Wiele talerzy ciasteczek i filiżanek herbaty później
Maggie odłożyła powoli naczynie. Już którąś godzinę rozmawiała ze starcem na temat decyzji. Ale tak właściwie, jakiej? Z zebranych przeze mnie informacji wynika, iż Aberford zaproponował Meg pracę. To znaczy, miałaby ona wykonywać różne misje, zyskałaby pieniądze, wiedzę oraz możliwość treningu. 
Teraz nadszedł punkt kulminacyjny ich rozmowy, kiedy to dziewczyna miała wyrazić swoją zgodę, lub wręcz przeciwnie. Przełknęła głośno ślinę. Wiedziała, że nie są to zwykłe misje, niosą ze sobą ryzyko. Westchnęła.
- Niech będzie. Wchodzę w to.- powiedziała siląc się na pewny siebie ton głosu. Nie wyszło jej to najgorzej, ale słyszałem lepsze tego typu zagrywki. Starzec uśmiechnął się w kierunku dziewczyny.